Impreza z meduzą…

Kwiecień 29, 2015 blog

Cóż, czas naszej pełnej przygód podróży poślubnej dobiegał powoli końca. Nie oznaczało to jednak tego, że nieco zwolniliśmy z Maćkiem tempo zdobywania ciągle nowych wrażeń z pobytu nad naszym morzem. Oprócz tego, że skrupulatnie zbieraliśmy przepisy na drinki z whisky lub rumem, które szczególnie nam zasmakowały, korzystaliśmy co sił z uroków kończącego się lenistwa.

Moja połowica prawie rozłożyła się dziś ze śmiechu na plaży. A było to tak: nieopodal nas umieściło się towarzystwo „landrynkowych” bossów (w kąpielówkach koloru fluorescencyjnych zakreślaczy) i ich tlenionych wybranek. Żar lał się nieba, wszyscy naokoło nawadniali się od środka sokami czy mineralną, a panowie z sąsiedniego koca wyciągnęli butelkę whisky ballantines i beztrosko raczyli się, popijając ów trunek z… plastikowych, jednorazowego użytku kubeczków! Nawet najlepsza whisky popijana z takich naczyń może stracić smak. Towarzystwu to jednak nie przeszkadzało i kiedy plażowicze naokoło degustowali mineralną, krzykliwi bossowie uparcie raczyli się najlepszą whisky z plastiku.
Wtedy to naszą część plaży zelektryzował kobiecy wrzask. Pomocy wzywała jedna z naszych tlenionych sąsiadek. Krzyczała, że jest poparzona i chyba zaraz umrze od jadu! Zanim jej boss podniósł się z koca, mój Maciek migiem popędził na pomoc. Okazało się, że pani wcale poparzona nie była, a owym jadowitym potworem okazała się… całkowicie niegroźna i pospolita w wodach Bałtyku meduza zwana chełbią modrą. Z przeprowadzonego zaś na szybko wywiadu z wrzeszczącą panią wynikało, że nigdy w życiu nie była na nic uczulona. Więc jej alarm był tyleż głośny, co fałszywy.